sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział II

Kiedy zajęcia się skończyły, skierowałam swe kroki do mieszkania. Pół godziny później,  będąc na miejscu, najpierw się rozpakowałam, potem poszłam się poprawić. Wszedłszy do kuchni, otworzyłam lodówkę. Niedługo po tym już zajadałam się kanapkami i piłam kawę. Moją głowe zaprzątała myśl o teście, który niedługo będe musiała pisać. Wydaje mi się, że zbyt dużo nie będe na niego uczyć, ale tak dla pewności przesiedze przy materiale z 2 godziny. Nie wzbudziło to zbytnio mojej sympatii, ale mówiąc szczerze, nic innego nie miałam do roboty.
  Z racji tego, że dochodziła druga sięgnęłam po torbę i wyszłam na miasto. Dochodząc do przystanku, poczułam krople deszczu na twarzy. Nieciekawie, nawet nie miałam parasola. Początkowa irytacja powoli zaczęła przeradzać się w lekką radość, znów czułam się jak dziesięciolatka, bo przypomniała mi się sytuacja z dzieciństwa, w letnią burzę wybiegłam z domu bez niczyjej wiedzy i udawałam baletnicę. Tego jak mnie potem skrzyczeli, już wolę nie pamiętać. Na przystanku czekałam tylko 2 minuty, i dobrze, doszła tu właśnie grupa łysych dresów. Aż się od nich tutaj roi. Wsiadając do autobusu, usłyszałam, że z tylnych siedzeń  ktoś włączył disco polo. Automatycznie sięgnęłam do torby po słuchawki, w których po chwili doszedł do mnie głos Mac Miller'a ( Diablo). Rozluźniłam się i spoglądałam na krajobraz za oknem. Mimo wszystko trochę brakowało mi tego spokoju panującego na wsi. Tego, że zdarzało mi się przejechać kilka kilometrów rowerem nie mijając nikogo. Spokój. Tak, zdecydowanie mi go brakowało, ale jakby się nad tym zastanowić, to tylko czasami. Najbardziej mi brak rozmowy. Mieszkając U SIEBIE mogłam pójść nawet do mamy i z nią porozmawiać. A teraz? Przez te 3 miesiące rozmawiam jedynie ze sprzedawcami, i póki co 2 razy z rodzicami przez telefon. W dodatku, pokłóciłam się z jedną z moich przyjaciółek przed wyjazdem.
-Wyjeżdżam. - wydusiłam z siebie, ledwo przeszło mi to przez gardło. Samo wyjazd mnie cieszył, od  kiedy pamiętam chciałam się usamodzielnić, ale jest jeszcze sprawa moich przyjaciół.
-Gdzie? O czym Ty mówisz? - dobrze wiem, że ona rozumie o czym mówię. Wie jaki wyjazd mam na myśli i czym to skutkuje. Dwa miesiące przez zakończeniem liceum już o tym wspomniałam, mówiłam o tym bardzo często. Studia. I to nie byle gdzie, w Warszawie. Na początku sądziłam, że na weekendy będę wracać. Albo przynajmniej co drugi. To było zanim policzyłam ile pieniędzy bym na tym straciła. Kiedy powiedziałam jej, że jednak będę wracać jedynie na święta, zachowywała się jak wściekły kot. Teraz chyba wydaje jej się, że jeśli będzie na mnie obrażona, zmienie zdanie i zostanę. Ale nie odciągnie mnie od moich planów.
-Na studia. Do Warszawy. Nie udawaj, że nie wiesz o czym mówię.
-Miałam nadzieje, że dałaś sobie z tym spokój. Po co Ci studia? I tak nie będziesz nic po nich mieć, pracy szybciej nie znajdziesz. - próbowała mnie zniechęcić, bez skutków.
-Dlaczego po prostu sama też nie pójdziesz? Przecież możesz nawet ze mną zamieszkać. - nie chciałam jej namawiać, próbowałam tylko przekazać, że zawsze możemy jechać razem.
-Co? Po co miałabym stąd wyjeżdżać? Nie jestem na tyle głupia, żeby zostawić tu wszystkich i wszystko dla studiów, z których swoją drogą i tak nie będę nic mieć.- te same argumenty. Dodatkowo, chyba sugeruje mi, że jestem głupia.
-To może po prostu ze mną tam zamieszkaj? -  wyczytałam z jej twarzy, że trochę się waha, może jest nadzieja? Naprawdę chciałabym z nią zamieszkać, plus to, że przynajmniej nie będę tam sama.
-Nie, nawet nie próbuj mnie namawiać. - chciała, żebym ją namawiała, niestety, nie ma opcji. Nie jestem psem, niech nie sądzi, że będę za nią ganiać. Jest już na tyle dorosła, żeby podejmować decyzje samodzielnie i mówić o tym otwarcie.
-Twoja sprawa. Pamiętaj, że jeśli zmienisz zdanie, po prostu przyjdź.
Tak to wyglądało z Natalią, mimo wszystko nie przyszła, nawet żeby się pożegnać, więc wysłałam jej sms-a. No trudno. Trzymajcie się tam, narazie. Pozdrów wszystkich.
Nie odpisała wtedy, dlatego więcej już do niej nie pisałam. Znacznie lepiej poszło z pozostałą dwójką dziewczyn. Patrycja zgodziła się jechać ze mną, gdy jej to zaproponowałam. Przyznała mi, że czekała tylko, aż ją poproszę. Niestety, jej mama złamała rękę, więc musiała zostać pomagać w domu. Powiedziała, że przyjedzie za rok. Cieszyłam się, mieszkanie samej w tak wielkim mieście nie jest fajne. Rozmowa z Wiktorią przebiegła dość dobrze, jej też chciałam zaproponować wspólny wyjazd, ale poinformowała mnie, że ona wyjeżdża do Anglii. Tam już raczej zostanie. Zrobiło mi się dość przykro, jej nie będę widzieć już prawie nigdy. Prawdopodobnie nie będzie wracać na każde święta, jeśli kogoś tam pozna. Ciekawi mnie reakcja Natalii, kiedy dowie się, że Wiktoria też wyjeżdża.
 Z chłopakami nie było praktycznie co wyjaśniać, zwyczajnie powiedziałam im o tym, że wyjeżdzam.  Żaden nie wydawał się specjalnie poruszony i smutny. Może czterech przyznało, że będzie tesknić i wręcz rozkazało się odwiedzić, gdy przyjadę. Nie miałam nic przeciwko. Reszta miała to gdzieś, tylu letnie 'przyjaźnie' poszły w zapomnienie. Najwidoczniej w dobrym kontakcie zostanę  tylko z Patrycją.  Nie zasmuciło mnie to jakoś specjalnie.  Ich życie toczy się dalej, moje też. Mieszkam sama w Warszawie, centrum Polski. I bardzo się z tego cieszę.  W mieście jest mi dobrze, zawsze mówiłam, że pociąga mnie to ruchliwe życie. Przyjemnie się tu żyje.
Pół godziny później zauważyłam, że zbliżamy się do miejsca, w którym wysiadam. Kiedy autobus się zatrzymał, mozolnie wstałam  i podeszłam do drzwi. Nadal chodziły mi po głowie myśli o Natalii. Nie było szkoda mi tej przyjaźni. To ona pierwsza zachowała się, jakby miała nasze relacje gdzieś, nie będę sama się starać. Wyszłam, po drodze wstąpiłam do kiosku, żeby kupić gumy. Różowe orbit, moje ulubione. Wyciągnęłam dwa listki, resztę wrzuciłam do torby. Wchodząc do centrum poczułam panujące tam ciepło, a ściągając  kurtkę już wiedziałam, że pierwszym sklepem jaki dziś odwiedzę będzie Empik.
Kuba tyle prosił rodziców o płytę Dżemu. Ugadałam się z nimi i postanowiliśmy kupić mu dwie. Jedną ja, oni drugą. Wiem, że uwielbia ten zespół, nie ma szans, żeby się nie ucieszył. Właściwie, on i ja, mamy bardzo podobne gusta, jeśli chodzi o muzykę. Tylko muzyka poważna mu nie podchodzi.  Jednak przecież nikt nie musi wszystkiego lubić.
Mój brat to fajny chłopak, łatwo będzie mu znaleźć sobie dziewczynę. Ma 15 lat, ale jak narazie miał tylko jedną, i to w podstawówce! Nigdy jej nie lubiłam, była za bardzo rozpuszczna.  Ale mniejsza z tym. Wreszcie znalazłam półkę, na której zobaczyłam płyty Dżemu. Wzięłam pierwszą z brzegu 'Najemnik'. Napisałam do mamy jej nazwę, żeby wiedziała, że mają znaleźć inną. Płacąc pomyślałam sobie, że mignęła mi przed oczyma jakaś znajoma twarz. A może mi się tylko zdawało? Rozejrzałam się, ale nikogo takiego nie zauważyłam. Pewnie ktoś z zajęć, nikt ważny.
Nadal byłam lekko głodna, kupiłam więc gofra z bitą śmietaną i kawałkami brzoskwini.  Ślinka ciekła mi na sam widok, zjadłam go tak szybko, że nie mogłam się powstrzymać przed kupnem drugiego. Sprzedawczyni spojrzała na mnie dość dziwnie, ale co z tego. I tak mnie nie zna. Chociaż jakby się nad tym zastanowić, nawet gdyby i mnie znała, to nic wielkiego kupić dwa gofry w zaledwie 5 minut. Szłam powoli, nie miałam się gdzie śpieszyć. Na wystawie jednego ze sklepów dostrzegłam śliczną czarną sukienkę. Bez rękawów, z lekkim dekoltem, luźna i przed kolana, a w pasie wiązaną złotym, cienkim paskiem. Już się w niej widziałam na sylwestrze, i w czarnych szpilkach. O tak! Nie ma możliwości, żebym jej nie kupiła, bez względu na cenę. Wchodząc do sklepu, nie myślałam, od razu znalazłam odpowiedni rozmiar i udałam się do przebieralni. Kiedy się ubrałam wychyliłam głowę i spytałam pewną kobietę, chyba niewiele ode mnie starszą, czy wyglądam w tej sukience dobrze. W jej dużych, siwych oczach dostrzegłam błysk zazdrości, ucieszyłam się, choć z lekkimi wyrzutami sumienia.
-Wyglądasz świetnie, sama bym Ci nie wybaczyła, gdybyś jej nie kupiła. - odparła patrząc na mnie z miłym i szczerym uśmiechem. Mówiła do mnie na 'Ty', ale o dziwo wydało mi się to bardzo naturalne.  - Na Twoim miejscu ubrałabym do tego czarne szpilki.
-Też od razu o tym pomyślałam. - obie się roześmiałyśmy. Wyciągnęła dłoń w moim kierunku.
-Milena, miło mi. To strój na sylwestra? - jej bezpośredniość była czymś, z czym nie spotkałam się od dawna, ale nie była zła. Wręcz przeciwnie.
-Anastazja, mi również bardzo miło. Tak, aż tak łatwo się domyślić?
-Chyba tylko ze względu na to, że Sylwester jest już niedługo, a takich sukienek nie kupuje się przy byle okazji. - znów się roześmiała. Jej śmiech był przyjemny dla ucha.
Teraz dopiero się jej przyjrzałam, blond włosy przed ramiona, wyższa ode mnie o kilka centymetrów, ładna. Jej sylwetka mówiła, że chuda jest dzięki szybkiemu metabolizmowi, mi niestety ten dar nie był dany. Miała 3 kolczyki w prawym uchu i jeden w lewym. Granatowa bluzka bluzka, czarne spodnie i czarna bluza. Nie wyróżniała się specjalnie.
Nasza rozmowa trwała jeszcze 5 minut, okazało się, że ona też jest tu na studiach i, że pochodzi z Żarnowca. To na południu Polski, powiedziała. Wymieniłyśmy się numerami telefonów i każda poszła w swoją stronę, ona - dalej przeszukiwać wieszaki i półki; ja - do kasy. Okazało się że sukienka kosztowała 160 zł. Nie tak źle. Teraz czas na poszukiwania szpilek. Tym razem nie miałam tak dużego szczęścia, szukałam godzinę, a kiedy już znalazłam, zrobiłam zdjęcie i wysłałam Milenie z pytaniem, czy jej zdaniem będą pasować do sukienki. Nie czułam się skrępowana pisząc do niej po tak krótkim czasie znajomości. W Milenie było coś co sprawiało, że człowiek od razu czuł się rozluźniony. Była zachwycona, co mnie bardzo ucieszyło, podzielałam jej zdanie. Następne dwie godziny przeznaczyłam na kupienie podarunków świątecznych dla rodziny i kilka drobiazgów do domu. Dwa ręczniki, pościel, świeczki zapachowe ( uwielbiam je ) i kilka ramek na zdjęcia. W końcu je poustawiam i skończy się trzymanie zdjęć w szufladzie. Miałam już jakieś siedem torb, kiedy postanowiłam,  że czas już skończyć zakupy, bo i tak trzeba jeszcze pójść do spożywczego. Właściwie miałam propozycję pomocy od jakiegoś mężczyzny, ale grzecznie odmówiłam i podziękowałam za propozycję. Powinnam dać radę sama. Nie zaprzeczę, że ta sytuacja dodała trochę punktów do mojej samooceny, chociaż może niepotrzebnie, pewnie zrobił to z grzeczności, punkty zniknęły.
Przechodząc koło sportowego nie mogłam się oprzeć, dawno chciałam nauczyć się jeździć na deskorolce, już czas! Oczywiście, na początek kupię całą, dopiero kiedy już naucze się porządnie jeździć, kupię w częściach i poskładam. Weszłam do sklepu ( swoją drogą całkiem sporego ) i zaczęłam poszukiwania. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu, z czego byłam zadowolona. Ani się obejrzałam już na nie spoglądałam. Wszystkie wyglądały na solidne, więc pozostawało mi tylko wybrać sobie tą, której wzór najbardziej mi się podoba. Nie było to trudne, kiedy zobaczyłam na jednej z nich lwa, nie było mowy o innej. Teraz trzeba ją sięgnąć, i tu właśnie pojawił się problem. Moje 164 cm nie były wystarczające do nawet do tego, żeby chociaż ją dotknąć, była zbyt wysoko jak dla mnie, z tego już nie byłam zadowolona. Stanęłam na palcach, ale i to nic nie dawało. Nadal dzieliło mnie od niej dobre 5 cm. Wpadła mi na myśl Milena, jest wyższa o te kilka centymetrów, więc na pewno by do niej sięgnęła. Ale bez żartów, nie będę jej tu wołać, bo nie mogę do czegoś dosięgnąć. Postanowiłam znów spróbować. Wyciągałam się jak mogłam, i wyciskałam z siebie siódme poty, żeby ją zdjąć, gdy usłyszałam zza siebie lekko rozbawiony męski głos.:
-Może Pani pomóc?
Odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą pracownika sklepu. Wyobraziłam sobie co o mnie sobie pomyślał, uderzyłam się w czoło zdając sobie sprawę z tego, jaką zrobiłam z siebie idiotkę. Naprawdę nie wpadłam na to, żeby poprosić któregoś z pracowników o pomoc? Spojrzałam na niego, był ode mnie wyższy o dobre 30 cm. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że ma nawet więcej niż dwa metry. Szatyn. Przystojny, na oko 25 lat.
-Tak, proszę. - odparłam zmieszana. - Tą z lwem.
Uśmiechnął się szeroko i ściągnął deskę z półki, ale zamiast podać mi ją, spytał czy to wszystko co chciałam. Powiedziałam, że tak.
-Więc proszę za mną. - kiedy zobaczył wszystkie moje torby, wziął większość, nie protestowałam, ręce mi już odpadały. Odsłonił swoje białe i równe żeby, po czym skierował się, jak mniemam, w stronę kasy. Musiałam iść dość szybko żeby za nim nadążyć. Jego jeden krok to moje trzy. Na szczęście kasa była blisko. Położył moje torby na ziemi, następnie skasował mi deskę. Głowę zaprzątało mi pytanie, czy ja dojdę z tym sama do domu?
-Dam Pani rabat, za to, że musiała Pani tak długo czekać na pomoc. - jego szef z pewnością nie będzie z tego zadowolony, ale dałam sobie spokój z odmową, nie śpię na pieniądzach. Znów ujrzałam jego zęby. Proste i białe, podsumowując, ładne. - 200 zł.
Podając mu pieniądze lekko się uśmiechnęłam. Kiedy dostałam w dłonie torbę z deską i już miałam zamiar się odwrócić, spytał.:
-Co jutro Pani robi? - gdybym siedziała na krześle już bym z niego spadła. - Jestem Adrian, może jutro gdzieś wyjdziemy? O ile nie jest Pani zajęta. - ciągle ten uśmiech, nawet zaczął mi się już podobać.
-Przykro mi, ale jutro odwiedzają mnie rodzice. Niestety nie dam rady. Anastazja.
Podałam mu rękę, ucałował ją, był chyba pierwszym mężczyzną w moim życiu, który to zrobił. Zrobiło to na mnie niezłe wrażenie.
-Więc może w sobotę?
-Jeśli chcesz, daj mi swój numer, w razie czego napiszę. - czułam się mu to winna, z racji tego, że obniżył mi cenę deskorolki o 25%.
Jak się można było spodziewać, dał mi go. Właśnie się żegnaliśmy, gdy z zaplecza wyszło dwóch mężczyzn. Dwóch blondynów. Jeden z nich również był tutejszym pracownikiem. Poznałam po ubiorze. Drugi mi kogoś przypominał, ale nie miałam czasu na myślenie kogo, bo nowo przybyli spojrzeli na nas i roześmiali się. Jednak nic nie powiedzieli.
Spojrzałam na nich trzech. Wszyscy byli wysocy. Górowali nade mną. Okropne uczucie.
Poczułam się głupio, gdyż musiałam zadzierać głowę, na któregokolwiek bym nie patrzyła. Jakby skarceni moim wzrokiem, powiedzieli:
-Wybaczy Pani, już się przedstawiamy. To mój znajomy, Jasiu, a ja jestem Tomek.
-Anastazja. Miło mi. - kąciki moich ust lekko się podniosły.
-Przyjemność po naszej stronie. - odparł Jasiu. Tak! Teraz już wiem kto to! To musi być ten Jan Dmitri, wiedziałam, że mieszka w Warszawie, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek go spotkam. A tu proszę! Pamiętam te czasy, kiedy patrzałam w jego zdjęcia i fantazjowałam o nim. Tak. Ale te czasy minęły. Stwierdziłam, że nie ma sensu myśleć o kimś kto już ma kogoś i kimś kogo najpewniej nigdy nie spotkam. Ale jednak, no proszę!
 Zauważyłam, że w naszym kierunku zmierza jakiś klient, więc postanowiłam się ulotnić. I tak mam dużo do dźwigania, dodatkowo muszę na jutro posprzątać, bo potem rodzice będą gadać, że żyje w brudzie.
-Dobrze, a teraz proszę Panów o wybaczenie, ale zmuszona jestem już wracać. Do widzenia. - miałam nadzieje, że uda mi się w końcu dojść do domu. Mam jeszcze zajść po produkty na jutrzejszy obiad.
-Pa.
-Narazie.
-Poczekaj chwilę! - o ile się nie mylę to Jasiu. Odwróciłam się i zobaczyłam jak idzie w moim kierunku. - Też już wracam. Daj te zakupy, poniosę. - nie miałam ochoty na odmowę. Przynajmniej moje ręce odpoczną. - Dzięki. - ułożyłam wargi do uśmiechu.
Pomyślałam, że najpierw odniosę zakupy do domu, a potem dopiero pojadę po resztę zakupów.
-Dokąd teraz? - spytał nawet na mnie nie patrząc, kiedy staliśmy już na przystanku.
Podałam mu nazwę ulicy, dodając, że przecież nie musi ze mną jechać. Okazało się jednak, że mieszka na tej samej ulicy. No nieźle. A ja spotkałam go dopiero po trzech miesiącach. Autobus przyjechał akurat, gdy skończyliśmy 'rozmowę'. Na szczęście były wolne miejsca. Kiedy siadaliśmy nasze kolana przypadkiem się zetknęły, poczułam jakby przeszedł mnie prąd. A może mi się zdawało? To uczucie jak szybko przyszło, tak szybko poszło. Nie myślałam o tym dłużej.
Kto by pomyślał? Jeszcze trzy lata temu piszczałabym na jego widok, nigdy nie uwierzyłabym, że go spotkam. Był zwykłym marzeniem. A tu proszę. Siedzie sobie obok niego w autobusie. Dobre pół godziny wspólnej jazdy.
Nikt z nas nic nie mówił. Czułam sie niekomfortowo przez ta ciszę. Chciałabym coś powiedzieć, ale było mi zbyt głupio.
Nagle zadzwonił mój telefon. Szybko wyciągnęłam go z torby i odebrałam. Mama. Rozmowa trwała tylko chwilę. Jednak jutro nie przyjadą. Zgodnie stwierdziliśmy, że przed świętami przyjadą do mnie razem z Kubą i przy okazji zostaną na kolacji. Pasowało mi to. Pożegnaliśmy się. Spojrzałam na Jasia, spoglądał na mnie rozbawiony.
-Nie wyglądasz na smutną, z tego powodu, że jutro nie przyjadą.
Roześmiałam się i wytłumaczyłam mu, że ostatnio mam mało czasu, poza tym niedługo mam egzamin i muszę się na niego dobrze przygotować, i że zazwyczaj robie to w piątki. Potem już płynęliśmy w rozmowie. Pytał co studiuję, gdzie dokładnie, o Kubę.  Zapytał o deskę, wytłumaczyłam, że dopiero chce nauczyć się jeździć - zaproponował, że mnie nauczy. Przyjęłam jego propozycję, problem sam się rozwiązał. Zagadywałam od kiedy on jeździ i czy też chodzi na studia. Od kilku lat, i nie. Czas zleciał szybko, czułam się zrelaksowana. Powiedziałam mu, że ma oddać  mi torby, gdy tylko będzie skręcał w inną stronę. Zgodził się. Jednak im bliżej byliśmy mojego bloku, tym bardziej wątpiłam w to, czy mówił serio. Przed moim blokiem przypomnialam mu, że przecież nie musiał mnie specjalnie odprowadzać.
-Ale ja tu mieszkam. - wyszczerzył zęby i wszedł do środka, wpisał kod, zdecydowaliśmy się pojechać windą. Sam nic nie robił, więc wcisnęłam ósme piętro. Kiedy byliśmy na górze otworzyłam drzwi. Zaprosiłam go do śrdoka, spytałam czy chce się czegoś napić.
-Piwo. - jego bezpośredniość mnie nie zdziwiła, chociaż nie wiem czemu.
-Które? - pokazałam mu co mam w lodówce.
-Lech.
Ja sama wzięłam Żubra. Poczułam się dziwnie dobrze siedząc z nim w kuchni i pijąc piwo. Jakbym robiła to od zawsze. Przedziwne.
-Naprawdę też tu mieszkasz? - po prostu było to dla mnie niedorzeczne.
-Tak, a dokładnie to naprzeciwko.
Nadal nie mogłam uwierzyć, choć sam fakt, że wpisał kod od bloku świadczył za tym, że mówi prawdę.  To niemożliwe, abym przez cały ten okres jak tu mieszkam nie zauważyła go ani razu. Zaśmiał się.
-Nadal mi nie wierzysz? Udowodnić Ci?- nie zdążyłam odpowiedzieć, bo złapał mnie za nadgarstek i pociągnął najpierw do wyjścia, a potem do drzwi na przeciwko mojego mieszkania. Zdążyłam nogą zamknąć drzwi. Włożył klucz i przekręcił. Weszliśmy. Zaraz uderzył we mnie jego zapach. Każdy dom ma unikalny zapach. Zawsze podobny do właściciela. Lekki aromat piwa, papierosów, męskich perfum i czegoś czego nie mogłam określić dokładnie. Ogólnie rzecz biorąc zapach był przyjemny. Pokazał mi wszystkie pomieszczenia. Niepotrzebnie, wierzyłam od początku. Swoją drogą to nadal mnie nie puścił, dopiero teraz to sobie uświadomiłam. Zlałam się rumieńcem. Ostatniraz pozwoliłam komuś nie z rodziny mnie dotknąć dobre 5 miesięcy temu. Nie licząc moich przyjaciółek. Ciekawe co u nich. Powinnam napisać.
Wróciliśmy do mnie, rozmowa była wesoła. Siedzieliśmy tak dobrą godzinę, aż do chwili, gdy powiedział, że będzie się zbierał. Jeśli chcę, mam przyjść za godzinę. Powiedziałam, że czemu nie. Wyszedł.
Zaczęłam rozpakowywać rzeczy. Kot ocierający się o nogi nie ułatwiał sprawy. Prezenty i inne zakupy pochowałam do szafy. Zostawiłam jedynie świecie i ramki, do których powkładałam zdjęcia. Porozstawiałam wszystko. Przejrzałam się w lustrze i poprawiłam lekko makijaż. Pomyślałam, że może i tak zrobię sobie jutro ten obiad, nawet jeśli rodzice nie przyjadą? Dobry pomysł. Sięgnęłam torbę, w której miałam jeszcze gumy. Wzięłam, czemu nie. Tym razem wybrałam schody, zbiegłam z nich szybko bo za 20 minut mam być u Jasia. Na szczęście koło bloku mamy Netto. Wzięłam produkty potrzebne na jutrzejszy obiad, poza tym zrobiłam codzienne zakupy. Jajka, mleko, szynka, bagietka, chleb. Wzięłam jeszcze dwie paczki chipsów. Stwierdziłam, że wezmę je ze sobą mieszkania obok. Załatwiłam to w 15 minut, biegiem do domu. Odrobinę głupio mi się zrobiło, mam cały wieczór przesiedzieć z nim sam na sam?  Mam nadzieję, że nie zrobię nic głupiego. Wszystko rozpakowałam, chipsy wzięłam i już pukałam do jego drzwi. Z wnętrza słyszałam muzykę. Czy to Left Boy? Jednak dobrze się stało, że przyszłam.  Otworzył z jointem w ręku. Co? Uśmiechnął się, odwzajemniłam uśmiech. Przesunął się, żebym mogła wejść. W środku zobaczyłam pozostałych dwóch mężczyzn poznanych dzisiaj. I, o mało się nie wywróciłam, Milenę. Kiedy mnie zobaczyła wstała i podbiegła się przywitać. Poczułam się lepiej, przynajmniej nie będę tutaj jedyną kobietą. Nie ukrywałyśmy, że dziwi nas swój widok.  Dowiedziałam się, że Milena jest z Tomkiem, i przyszła tu z nim. Chłopaki też się przywitali. Usiadłam koło Jasia, najlepiej z całej czwórki znałam właśnie jego. Te 2 godziny rozmowy zbliżyły nas do siebie na tyle, że nie byłam już spięta w jego towarzystwie. Na stole wylądowała wódka. Jak ja jutro pójdę do pracy? A zresztą nieważne. Bez przesady, ile ja mam lat?
-Jak to w ogóle się stało, że się znacie? - tak właśnie opowiedziałyśmy im o naszym spotkaniu w sklepie. Nie było dużo do gadania, ale chociaż coś. Kiedy historia życia została opowiedziana, wypiliśmy setkę, potem drugą i trzecią. Przez cały czas zastanawiałam się, jak to sie stało, że przyjęli mnie do swojego grona tak szybko? Tak po prostu?  Jasiu wziął swój aparat i zaczął wszystkim robić zdjęcia. Mamy już kilka wspólnych fotek. Będę musiała poprosić go o skopiowanie mi ich. Niektóre pewnie wywołam. Zamówiliśmy pizzę. Nasz gospodarz zadzwonił po jeszcze kilka osób. Pojawiło się dodatkowe pięć osób, trzy dziewczyny, dwóch chłopaków. Jasiu przedstawił mnie wszystkim po kolei. Krzysiu, Marta, Zuza, Marek, Magda. Zrobiło się tłoczno. Pizza dotarła. Jezu, co ja będę musiała robić, żeby to zgubić. Z 6 pizz, nie zostało nic. Jak? Ja się pytam jak? Nadal robiliśmy zdjęcia. Już boję się tego, jak będę na nich wyglądać. Mnóstwo śmiechu. Wydaje mi się trochę głupie to, że robią takie spotkania w środku tygodnia. Jestem pewna, że kilka osób z tej grupy idzie jutro do pracy lub po prostu musi wcześnie wstać. Z drugiej strony to nie moja sprawa. Koniec tematu.
Znacie to uczucie, kiedy będąc pod wpływem alkoholu, przeszkadza Wam swoja otwartość? Ja znam, dlatego rzadko pije przy kimś, robię się aż nazbyt wylewna. Mówię i robię to, czego nigdy bym nie powiedziała na trzeźwo. Bez alkoholu nie dałabym rady rozmawiać tak swobodnie z osobą poznaną pół godziny temu. 
Mówiąc szczerze, dopiero teraz zauważyłam, że nie ma dwóch osób. Tomka i Mileny. Ciekawe gdzie są, może już poszli? Koło mnie usiadł teraz Adrian. Miał jointa. Kiedy? Spytał czy chcę. Czemu nie. Paliliśmy na zmianę, jakie to śmieszne. Poczułam się lekko pogłaskana przez jego naturalność. Zaczęło kręcić mi się odrobinę w głowie. Czułam się dobrze. Alkohol się kończył. Zaraz pierwsza.  Jest naprawdę fajnie, ale wiem, że za 4 godziny muszę wstać. To był zły pomysł, żeby robić takie coś w środku tygodnia. Zrezygnowana postanowiłam już spadać. Pożegnałam się z gośćmi, a z Jasiem, dopiero kiedy odprowadził mnie do drzwi. Krzyknęłam wszystkim jeszcze raz cześć i już byłam w domu. Szybko się umyłam. Wpół przytomna kładłam się do łóżka. Zapomniałam nakarmić kota. Przypominało mi teraz o tym jego miauczenie. O mało się nie rozpłakałam. Tak szybko jak to możliwe nakarmiłam go i znów sie położyłam. Zasnęłam dosłownie w 10 sekund.
Ten dzień był udany. To jutrzejszy będzie do kitu.

Więc to by było na tyle! :)
Może i spodziewaliście się czegoś więcej, ale cóż, przykro mi. Tylko na tyle mnie stać.
Dobrej nocy, pozdrawiam, Alien.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz